Kilka tygodni temu rozmawiałem z właścicielami sporej, dość dobrze prosperującej firmy rodzinnej. Przeczytali oni książkę prof. Andrzeja Bliklego „Doktryna Jakości” i pod wpływem tej lektury postanowili zamówić dla swojej fi rmy długofalowy, trudny i dość kosztowny program rozwoju kultury organizacyjnej. Polega on na wprowadzaniu dużych zmian w stylu zarządzania. Zainteresowało mnie, czemu chcą to robić? Po co wchodzić w trudny proces przemiany mentalnej, budować partnerstwo między szefami a podwładnymi? Po co odchodzić od karania i nagradzania ku zaufaniu i dialogowi? Padła prosta i fascynująca odpowiedź: „chcemy, żeby nasi pracownicy byli szczęśliwi”.

Najlepsze za nami?

W wielu głowach wciąż siedzą schematy układające się w zdania: „teraz to już nikt nie działa bezinteresownie”, „w kapitalizmie liczy się tylko pieniądz”, „dawniej ludzie pomagali sobie, a teraz…”. Nie wiem, kiedy było to „dawniej”, bo ponoć już Platon narzekał na współczesny mu upadek obyczajów, paskudną młodzież i tęsknił do przeszłości, a Święty Benedykt swój zakon założył w związku z egoizmem współczesnych mu ludzi. Od tysięcy lat uważamy, że działanie na rzecz innych jest piękne i szlachetne, ale… występowało ono dawniej.

Niestety, albo raczej na szczęście, nic bardziej mylnego. Zdrowy rozsądek, potoczna obserwacja i ustalenia naukowe mówią zupełnie co innego.

 Kalkulacja vs. empatia

Daniel Goleman w słynnej książce „Inteligencja emocjonalna” pisze, że „Wyposażeni jesteśmy w specyficzne układy neuronalne, powodujące współodczuwanie. Intensywnie czujemy to, co przeżywa druga osoba. Nazywamy to zjawisko empatią. Dzięki temu, jeżeli zrobimy coś dla kogoś, wraca to do nas zarówno na poziomie przyjemności, jak i związanej z wartościami satysfakcji. Wymiana emocjonalna z różnymi osobami jest niezbędnym paliwem życia. A działanie na rzecz dobra innej osoby wprost uaktywnia obszary mózgu, dając poczucie sensu”.

Ta bazowa wiedza o naturze ludzkiej jest przez wiele osób kwestionowana, uważana za idealistyczną. „W życiu liczy się przebiegłość, konkurencja, zimne kalkulowanie zysków i strat”. To bardzo silnie zakorzeniony w wielu umysłach stereotyp. Selekcjonuje on docierające do człowieka informacje, dzięki czemu mamy cały czas mocne potwierdzenie naszego obrazu świata. Przez to w naszych zachowaniach kierujemy się założeniami permanentnej wojny wszystkich ze wszystkimi i… na zasadzie samospełniającej się przepowiedni kreujemy świat nieprzyjazny, wojowniczy, pełen intryg i podstępów.

Jeżeli dołożymy do tego bezosobową szkołę, gdzie wszelka wymiana emocjonalna przeszkadza we wtłaczaniu informacji, to mamy już dobre podłoże do nieprzyjaznych wzorów komunikacyjnych, ukształtowania się wewnętrznych przekonań o potrzebie działania egoistycznego.

Smutny dorobek epoki przemysłowej

Większość ludzi idzie do pracy, czyli trafi a do biznesu, w którym ciągle jeszcze panują stare schematy, przesądy, nawyki. Świetnie oddaje to Covey w swojej genialnej książce „8. nawyk”. Pisze on, że „Najważniejszymi aktywami i głównymi siłami napędowymi dobrej koniunktury gospodarczej w epoce przemysłowej były maszyny i kapitał – rzeczy. Ludzie byli niezbędni, ale wymienialni. Można było kontrolować i przebierać w pracownikach fizycznych bez większych konsekwencji – podaż przewyższała popyt. Po prostu miałeś więcej sprawnych ludzi, którzy spełniali ścisłe wymagania. Ludzie byli jak przedmioty – można było racjonalnie ich wykorzystywać. Gdy wszystkim, czego potrzebujesz, jest ludzkie ciało i tak naprawdę nie chcesz umysłu, serca czy ducha człowieka (stanowią one czynniki hamujące swobodny przebieg procesów w epoce maszyn), to zredukowałeś go do roli przedmiotu.

Zatem wiele naszych współczesnych metod zarządzania wywodzi się z epoki przemysłowej. Wykształciła w nas ona przekonanie, że ludzi trzeba kontrolować i kierować nimi.(…) Ten brak zrozumienia uniemożliwia wykorzystywanie najwyższej motywacji, talentów i geniuszu pracowników. Co się dzieje, gdy dzisiaj traktuje się ludzi jak przedmioty? To ich obraża i alienuje, depersonalizuje pracę i przyczynia się do powstawania kultur cechujących się niskim poziomem zaufania, rywalizacją i buntowniczością”.

Nowa cywilizacja wiedzy a współpraca i empatia

Pogląd na temat paskudnej natury człowieka ma głębokie zakorzenienie w zbiorowym doświadczeniu epoki przemysłowej i uformowanych na nim przekonaniach. Można ze stoickim spokojem przyznać, że w każdej epoce można było spotkać ludzi radosnych, otwartych, dzielących się sobą i czerpiących radość z „dawania siebie innym”. Zawsze też była masa ludzi zgryźliwych, podejrzliwych, agresywnych lub zahamowanych. Kłopot w tym, że czasy się zmieniły. Cichcem, ani się nie obejrzeliśmy, jak wsączać się w nasze życie zaczęła „cywilizacja wiedzy”.

Rdzeniem nowej cywilizacji jest uczenie się, stały rozwój, kreatywność i… oparta na empatii współpraca. Obronne założenie „człowiek człowiekowi wilkiem” mogło sprawdzać się w walkach plemiennych, w konstruowaniu dominacji królów czy też stanowić bazę dzikiego kapitalizmu. Osoby tak myślące mogły odnosić sukcesy, bogacić się, zdobywać władzę. Ale to się powolutku kończy. W nowej gospodarce sukces odnosi się dzięki tworzeniu sieci współpracy, komunikacji, synergii. Zamknięty, nieprzyjazny innym człowiek jest nieefektywny, bo nie jest w stanie rozumieć tego, co się wokół niego dzieje. Samotnie nikt nie jest w stanie nawet powierzchownie zapoznać się z przyrastającą różnego typu wiedzą, opanować koniecznych technologii, procedur, procesów. A jak nie rozumie, to… wypada z gry. Nie awansuje, często traci pracę, a w konsekwencji wpada w proces wykluczenia.