Koniec roku nie był fortunny dla koncernu spożywczego Nestlé. Najpierw się okazało, że dla jego tajskich dostawców ryb i krewetek pracują niewolnicy, a potem wyszła na jaw sprawa procesu z byłą pracownicą „sygnalistką” („whistleblower”) Yasmine Motarjemi, która została zwolniona za – jak twierdzi – zgłaszanie poważnych nieprawidłowości w procesie produkcji.

Pierwsza sprawa odbiła się w mediach dużo szerszym echem. Również za sprawą samej Nestlé, która z własnej woli zleciła i opublikowała wyniki prywatnego śledztwa w tej sprawie. Tyle że wcześniej zdążyły już ją nagłośnić organizacje pozarządowe, a grupa klientów koncernu złożyła w sądzie w Los Angeles pozew przeciwko Nestlé, twierdząc, że nie kupowaliby jej produktów, gdyby wiedzieli, że w produkcji wykorzystywana jest praca współczesnych niewolników. Koncern obiecał, że wyśle do Tajlandii audytorów, wprowadzi nowe wymogi dla dostawców i będzie ich szkolił z zakresu praktyk przestrzegania praw człowieka. Można się też spodziewać, że sprawdzi, jak wygląda sytuacja u innych dostawców z potencjalnie „ryzykownych” krajów rozwijających się.

Korporacje pod presją

To, że firmy, szczególnie duże, globalne, o szerokiej i skomplikowanej sieci dostawców, zaczynają szczegółowo je analizować i przyznawać się do sytuacji kryzysowych, nie jest nowe. Zarządzanie zrównoważonym, a co najważniejsze – transparentnym – łańcuchem dostaw staje się koniecznością. Nie tylko ze względu na ryzyko handlowe czy nowe, coraz bardziej restrykcyjne regulacje prawne, ale przede wszystkim w związku z rosnącą świadomością społeczną. Organizacje typu „watchdog” oraz sami konsumenci wywierają bowiem coraz większą presję na firmy, które nie monitorują działań swoich dostawców.

Jako jeden z pierwszych przekonał się o tym gigant odzieżowy Nike. Miliony dolarów zaoszczędzone przez lata na kosztach zlecanej w krajach Trzeciego Świata produkcji, w fatalnych warunkach i rękami dzieci, wyszły koncernowi bokiem. Ostatecznie odbijając się, na skutek protestów organizacji pozarządowych, na jego wynikach finansowych. Pod koniec lat 90. malały zyski, zamówienia, ceny akcji spadały na łeb na szyję. W efekcie Nike wziął się poważnie nie tylko za zarządzanie dostawcami, ale i zmienił całkowicie model funkcjonowania, zamieniając „zarządzanie łańcuchem dostaw” na „zarządzanie łańcuchem wartości”. Transparentność i postawienie na ekologiczne i społeczne innowacje wdrażane u dostawcówwyszły firmie na dobre, bo dziś znów jest liderem wzrostu w branży. Choć trzeba przyznać, że sukces zawdzięcza bardziej umiejętnemu marketingowi i wykorzystaniu sytuacji do przedstawienia nowego, innowacyjnego wizerunku niż temu, że klienci masowi docenili ekonomiczne, społeczne i środowiskowe kryteria w relacjach z dostawcami.

Internet sprzyja przejrzystości

Podobna sytuacja dotyczy reakcji firm odzieżowych po katastrofie w 2013 r. fabryki ubrań w Rana Plazaw Bangladeszu. Koncerny, których dostawcy z Bangladeszu zaniedbywali kwestie bezpieczeństwa pracy, biły się w piersi i zlecały audyty. Jakby wcześniej nie zdawały sobie sprawy z tego, w jakich warunkach szyje się ubrania w Azji. Udawanie, że „my tam nie produkowaliśmy”, w sytuacji gdy każdy turysta może w sekundę zrobić zdjęcie metek czy innych dowodów smartfonem i rozesłać błyskawicznie za pomocą mediów społecznościowych w świat, nie ma już sensu. Nawet jeśli masowym markom na krótką metę wizerunkowa wpadkanie zepsuje wyników sprzedaży. Wprawdzie wciąż (i pewnie zawsze) dla większości klientów w przypadku towarów masowych decydująca będzie cena, ale jednak grupa tych świadomych ekologicznie czy społecznie wrażliwych klientów systematycznie wzrasta. Świadczą o tym m.in. kilkunastoprocentowe wzrosty tzw. Sprawiedliwego Handlu, którego wartość sięga już 8 mld dolarów.

Klienci chcą wiedzieć więcej

Coraz bardziej świadomi bądź uświadamiani konsumenci będącoraz bardziej niecierpliwi. Jak twierdzi Naomi Klein, autorka kultowej książki „No logo”, różnego autoramentu ruchy, zwracające się przeciwko międzynarodowym przedsiębiorstwom, wypracowały wspólny imperatyw „mamy prawo wiedzieć”. W Stanach Zjednoczonych to organizacje walczące o poprawę warunków pracy zmusiły już sieć hipermarketów Wal-Mart do większej jawności w swoich łańcuchach dostaw, koncern Nike – do dokładniejszej kontroli dostawców, a ekolodzy wykorzystali salę sądową do prześwietlenia wewnętrznego funkcjonowania McDonalds’a.

Minerały konfliktu na cenzurowanym

Coraz większej przejrzystości w łańcuchach dostaw domagają się też ustawodawcy. Ukrywanie źródeł surowców i sposobu ich pozyskiwania to drażliwa kwestia szczególnie w przypadku błyskawicznie rosnącej branży IT. Do kłopotów Samsunga związanych z oskarżeniami zatrudniania nieletnich przez dostawców giganta czy samobójstwami w chińskiej fabryce Foxconn, produkującej m.in. dla Apple, doszły kilka lat temu informacje dotyczące wydobywania tzw. minerałów konfliktu, czyli kluczowych dla produkcji telefonów komórkowych, komputerów i wielu innych przedmiotów codziennego użytku: cyny, tantalu, wolframu i złota, występujących głównie w Afryce, na obszarach objętych konfliktami zbrojnymi.

Producenci elektroniki kupują surowce pozyskiwane na tamtych terenach, ale nie sprawdzają, w jakich warunkach są one wydobywane. Tymczasem duża część kopalń kontrolowana jest przez brutalne grupy zbrojne, które wyzyskują pracowników, w tym dzieci, wymuszają od nich haracze i drastycznie łamią prawa człowieka. Dochody ze sprzedaży surowców służą im do zakupu broni i dalszego finansowania konfliktów i działań militarnych.

A to z kolei jest ryzykowne wizerunkowo, i politycznie, dla Amerykanów czy Europejczyków, więc szykują przepisy, które mają zmusić firmy do ujawniania, w jaki sposóbzdobywają surowce ich dostawcy minerałów.

Jawność prawnie wymuszona

Unia Europejska planuje przyjąć prawo, które ma na celu ukrócenie handlu minerałami konfliktu. Parlament Europejski przedstawił mocny projekt legislacji w tej sprawie. Jeśli państwa wspólnoty go poprą, wówczas wszystkie firmy wykorzystujące cynę, tantal, wolfram i złoto w swoich produktach lub importujące te metale będą miały obowiązek zadbania o to, by były one pozyskiwane w sposób etyczny. Firmy będą musiały sprawdzać, skąd pochodzą surowce i czy nie finansują one krwawych konfliktów oraz naruszania praw człowieka. Aby tak się stało, państwa Unii muszą wypracować wspólne stanowisko popierające nowe prawo.

Amerykańskie spółki giełdowe już od czerwca tego roku muszą przedstawiać Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) raporty dotyczące „conflict minerals”. Firmy muszą wyraźnie zadeklarować, czy używają tantalu, cyny, wolframu czy złota, których wydobycie pomogło zarobić kongijskim grupom zbrojnym. I nie chodzi tylko o deklarację, ale wykonanie całego procesu due diligence w łańcuchu dostaw. Nowa regulacja teoretycznie nie zakazuje, w przypadku takiego odkrycia, natychmiastowego zaprzestania używania minerałów konfliktu, ale zmusza do większej transparentności i uwzględnienia procederu w zarządzaniu ryzykiem.

W teorii, im bardziej wzrasta przejrzystość na rynku, tym mniej skuteczne jest odwlekanie zmian czy lekceważenie danych, ponieważ kiedy my, konsumenci, znamy naprawdę wszystkie fakty, podejmujemy dużo bardziej racjonalne i odpowiedzialne decyzje.