Wszystko, co naprawdę dobre, znaczące i cenne, bierze się ze współdziałania. 
Począwszy od tego, że gdyby nie współdziałanie rodziców, nikogo z nas nie byłoby na świecie. Mama nie dałaby rady. Tata nie dałby rady. A kiedy się zdecydowali współdziałać, poszło im zwykle jak z płatka. I dzięki temu jesteśmy.

Może bardziej elegancko by było namysł nad wagą współdziałania zacząć od fenomenu Unii Europejskiej, „Solidarności” czy NATO, 
wspinaczy złączonych liną na życie lub śmierć, albo od opowieści 
o znaczeniu związków zawodowych 
w budowaniu zachodniej potęgi i jakości życia, ale jeżeli mamy dotknąć istoty problemu, musimy zdać sobie sprawę, że mówimy o kwestii fundamentalnej. Nie tylko dla polityki, gospodarki, kultury, nauki, ale dla naszego istnienia.

Tak się złożyło, że wybijając się na niepodległość, myśleliśmy raczej 
o działaniu niż o współdziałaniu, i raczej o pracy niż o współpracy. Trudno się temu dziwić. Bo przecież wyrwaliśmy się z radykalnie kolektywistycznego systemu, który doktrynalnie odbierał nam indywidualną podmiotowość i sprawstwo, by rozpuścić nas w masie, kolektywie, klasie. Byleśmy tylko nie robili nic na własną rękę. To sprawiło, że kiedy poczuliśmy podmuchy wolności, każde „współ-” zdawało nam się podejrzane, niebezpieczne, marnotrawne, a może też wstrętne.

Nic dziwnego, że ćwierć wieku temu wszelkie „współ-” w Polsce znikło. Od współ-czucia do współ-działania. To musiało boleć. Na początku bolało tych, którzy bez „współ-” znaleźli się na lodzie. Reszta znosiła to dobrze. Bo taki świat dobrze się wpisywał w starą polską tradycję wyrażoną w śpiewanej przez wojsko do dziś najstarszej ułańskiej piosence:
„Jak to na wojence ładnie/ kiedy ułan z konia spadnie/ koledzy go nie żałują/ jeszcze końmi go stratują”. 
Ta tradycja różni nas istotnie od tradycji zachodniej. Różnicę najlepiej oddaje najważniejsza reguła amerykańskiej armii: „nobody left behind” (nie zostawiamy nikogo).

Przez jakiś czas na „nieżałowaniu” większość korzystała. Ale kiedy brzuchy się trochę napełniły, konta się wypełniły, domy pobudowały, przedsiębiorstwa zmodernizowały – „tratowanie” kolegów zaczęło nam ciążyć. Nie tylko dlatego, że dały o sobie znać zapomniane skrupuły, ale też dlatego, że bez „współ-” trudno nam jest iść dalej. A każde „współ-” wymaga zaufania, czyli przekonania, że kiedy spadniemy z konia lub kiedy się na chwilę odwrócimy, koledzy nas nie stratują ani nie wbiją nam noża w plecy.

Brak tej pewności sprawił, że zaczęliśmy grzęznąć albo dreptać 
w miejscu. Potencjalni rodzice okazali się niezbyt skłonni, by „współdziałać” i wywołali kryzys demograficzny. Niezdolni do współpracy politycy popadli w psujące państwo notoryczne wojenki. Nie-współ-pracujący ze sobą biznesmeni nie byli zdolni do tworzenia dużych, silnych przedsiębiorstw.

Najpoważniejszym problemem okazała się niezdolność do współpracy między różnymi, podzielnymi barierą nieufności, środowiskami. Wyrosła ona między menedżerami a pracownikami, co widać po braku tzw. dialogu autonomicznego w firmach; między biznesem a światem polityki, co powoduje, że prawo jest nieprzyjazne dla firm i nieefektywne z punktu widzenia oczekiwań państwa; między inwestorami a naukowcami, bo każdy się boi, że druga strona wykorzysta go i „stratuje”; między przedsiębiorstwami a sektorem finansowym, który woli doraźne korzyści, od strategicznej współpracy i długofalowego finansowania rozwoju.

Deficyt współpracy spowodowany ogólnie słabą zdolnością do wszelkiego współdziałania (co widać po słabości trzeciego sektora łącznie ze związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców) jest dziś zapewne najpoważniejszą polską słabością. Mamy już kapitał, wiedzę, doświadczenie, kontakty, przyczółki konieczne, by zbudować szybko rozwijającą się, innowacyjną, konkurencyjną, ekspansywną gospodarkę. Barkuje nam tylko zdolności efektywnej współpracy w różnych konfiguracjach, której ona wymaga. Jeśli chcemy zrobić istotny krok do przodu, musimy tę barierę pokonać.